Mark Levinson No. 5105

Źródło: HFM 02/2021
W 2017 roku, na 45. urodziny, Mark Levinson zaprezentował pierwszy w swojej historii gramofon – No. 515. Czas dla analogu dobry, marka wyśmienita, więc zainteresowanie było duże. Idąc za ciosem, do oferty wprowadzono kolejną maszynę – No. 5105. Niedawno dotarła ona do redakcji.

Należąca obecnie do koncernu Harmana (Samsung) amerykańska marka skupiała się dotąd na produkcji elektroniki. Od początku było więc jasne, że No. 515 został zaprojektowany i wyprodukowany przez amerykańskiego analogowego specjalistę VPI Industries. Wyglądał jak VPI i miał ramię drukowane metodą 3D. Widzieliśmy je przy okazji testu gramofonu VPI HW-40 40th Anniversary („HFiM” 3/2020).
Model No. 5105 wygląda już jak Mark Levinson i został zaprojektowany zgodnie z linią wzorniczą serii 5000. Najprawdopodobniej nadal powstaje we współpracy z VPI, bo sprawdzonych kooperacji pochopnie się nie porzuca.


Budowa
Na pierwszy rzut oka No. 5105 nie wydaje się duży. Podstawę gramofonu tworzy jednolity blok aluminium o grubości blisko 5 cm. Z przodu zdobi go – również aluminiowy – panel. Jasne listewki w centrum obejmują szklaną płytkę z trzema podświetlanymi przyciskami. Po bokach panel jest czarny i łukowato przechodzi w ścianki boczne. Sfrezowano także jego górne i dolne krawędzie, zmiękczając w ten sposób mocne rysy urządzenia.
Środkowy przycisk standby zatrzymuje silnik. Lewy wybiera prędkość obrotową 33,3, a prawy – 45 RPM. Na górnej powierzchni podstawy umieszczono małą okrągłą poziomnicę. Przydaje się przy ustawianiu urządzenia na stoliku. Do poziomowania gramofonu służą trzy aluminiowe nóżki o miękkiej podstawie. Wewnątrz każda ma inny system zawieszenia, co pomaga skuteczniej pozbyć się rezonansów. Do ich efektywnego tłumienia przyczynia się zresztą lita i zwarta konstrukcja No. 5105, przekładająca się na niebagatelną masę 34 kg. Zaskakuje ona w zestawieniu z jego niewielkimi rozmiarami. Może dlatego, że czarny wyszczupla.
Talerz także wykonano z aluminium. Waży 6 kg i obraca się na osi z hartowanej stali. W odwróconym systemie łożyskowania zastosowano tuleję z fosforobrązu oraz wsparcie osi na podstawie z kompozytu. Łożysko ma być bezobsługowe i jest fabrycznie nasmarowane. Na wszelki wypadek w akcesoriach znajduje się buteleczka specjalnego oleju. Silnik jest synchroniczny, zasilany napięciem 12 V. Przeniesienie napędu odbywa się poprzez gumowy pasek o przekroju kwadratowym. Zasilacz i układy sterowania obrotami silnika zintegrowano w tej samej obudowie – stąd z tyłu znalazło się gniazdo zasilania w standardzie IEC. Sygnałowe wyjście RCA i zacisk uziemienia również umieszczono z tyłu, tuż za ramieniem.


Klasyczne proporcje i masa 34 kg.

Firmowy krążek dociskowy to rzecz właściwie naturalna w gramofonach z tego segmentu cenowego. Mark Levinson również dołącza taki w zestawie. Jego kształt nawiązuje do gałek wzmacniaczy tego producenta. Przekrój, przypominający kształtem klepsydrę, dzięki wcięciu dodający lekkości gałkom, w przypadku krążka dociskowego nie budzi entuzjazmu. Wyszczupla go bowiem i nadmiernie zwiększa jego wysokość. Docisk traci przez to proporcje i dominuje nad resztą bryły. Uważam, że w tych nawiązaniach nieco przedobrzono. Trzeba jednak powiedzieć, że krążek spełnia swoje główne zadanie, pewnie stabilizując płytę na talerzu.
Drugim dysonansem estetycznym jest dla mnie mata z tworzywa nieco przypominającego skórę, z tłoczeniem imitującym chyba włókno węglowe i wielgachnym logo „Mark Levinson”. Nie tyle rzuca się w oczy, co krzyczy: „Zakręć mną, didżeju!”. Przy wszelkim należnym marce uznaniu sądzę, że logo umieszczone na macie gramofonu, nadając mu klubowy wygląd, zmniejsza wartość postrzeganą No. 5105. Nie chciałbym nikogo obrażać, jednak proszę – nie w tej cenie i nie z tymi aspiracjami… No, ale przede wszystkim – nie przy takiej jakości samego gramofonu i jego brzmienia, o czym za chwilę.


Niewielkie marginesy wokół ramienia.


Ramię
Zamontowane w No. 5105 ramię nie ma odrębnej nazwy. Powstało specjalnie z myślą o tym modelu. Jego długość efektywna wynosi 10 cali. Wyposażono je w kardanowe (krzyżowe) zawieszenie z precyzyjnymi łożyskami, ukryte pod stylową nakładką o klepsydrowym kształcie, karbonową prostą belkę oraz zintegrowaną z nią aluminiową główkę. Z jego podstawą połączono także windę oraz uchwyt spoczynkowy z solidną obejmą. Mechanizm blokujący w przeciwwadze zapewnia stabilność ustawionej siły nacisku. Regulację antyskatingu wykonuje się przy pomocy ciężarka na żyłce. Ucho zakłada się na odpowiednim wcięciu poziomego elementu, osadzonego przyśrodkowo w obudowie ramienia, a następnie przewiesza przez pofalowaną podpórkę, wychodzącą z podstawy.
Instrukcja dokładnie opisuje wartości siły, odpowiadające poszczególnym wcięciom oraz sposoby korekcji tego ustawienia. Ramię wyposażono oczywiście we wszystkie pozostałe regulacje, jak wysokość (VTA) czy azymut.



Ramię i wkładka Ortofon Quintet Black S.

Wkładka
W fabrycznym wyposażeniu producent zakłada wkładkę Quintet Black S – najwyższy model w tej serii Ortofona. Znajdują się w niej także: Red, Blue, Bronze i Mono. Obudowy wykonuje się z barwionego ABS-u – tworzywa lekkiego i łatwego do formowania wtryskowego. Od góry korpus wzmacnia aluminiowa rama z nagwintowanymi otworami montażowymi. Kanciasty kształt nie jest przypadkowy. Proste i prostopadłe linie ułatwiają ustawienie względem szablonów i zapewniają dobrą widoczność wrażliwego na uszkodzenia wspornika igły.
Ta ma szlif Nude Shibata, a jej wspornik wykonano z szafiru. Takie rozwiązanie należy pozycjonować jako pośrednie pomiędzy wspornikami aluminiowymi a borowymi, które to Ortofon rezerwuje dla jeszcze droższych wkładek. Cewki o niskiej, pięcioomowej impedancji wewnętrznej pracują w polu magnetycznym, generowanym przez magnesy neodymowe.
Wkładka wytwarza napięcie 0,3 mV i może współpracować z przedwzmacniaczami korekcyjnymi MC z wejściem o impedancji > 20 Ω lub transformatorem dopasowującym, podłączonym do wejścia MM. W tym drugim przypadku producent sugeruje stosowanie Ortofona ST-7.



Przeciwwaga i antyskating

Ustawienie
No. 5105 dociera do nabywcy wstępnie skalibrowany i przygotowany do szybkiego uruchomienia, ale i tak warto się zapoznać z instrukcją obsługi. Chociażby z tego względu, że została pięknie wydana w dużym formacie i umieszczona w albumowej okładce LP (gatefold).
Gramofon okazuje się zaskakująco ciężki, a jego nóżki przyklejają się do półki. Zalecam więc ostrożność, zarówno przy jego podnoszeniu, jak i próbach przesuwania. Wysoka masa sprzyja tłumieniu drgań wytwarzanych przez silnik oraz tych przenoszących się ze stolika. Ten musi być stabilny, co jest zresztą zawsze zalecane.
Przed uruchomieniem należy jeszcze założyć talerz, pasek napędowy oraz wspomnianą matę. Reszta powinna być już ustawiona. I jest, co sprawdziłem przy pomocy szablonów oraz elektronicznej wagi. Na koniec jeszcze ciężarek antyskatingu i wybór repertuaru. W wyposażeniu No. 5105 nie ma pokrywy zabezpieczającej przed kurzem. Sugeruję zakup uniwersalnej, chroniącej talerz i ramię albo skrzynkowej, zamówionej na wymiar.



Krążek i kolumna ramienia w firmowym kształcie.

Konfiguracja systemu
W teście No. 5105 podłączyłem do swojego głównego systemu, składającego się z transformatora Air Tight ATH-2 Reference, stopnia korekcyjnego Pre-Amplifikator Gramofonowy z zasilaniem akumulatorowym (wejście MM), przedwzmacniacza liniowego McIntosh C53, monobloków McIntosh MC301 oraz kolumn ATC SCM-50PSL. Producent nie dołącza w zestawie łączówki, użyłem więc specjalistycznego Ortofona 6NX TSW-1010 (RCA-RCA). Pozostałe przewody pochodziły głównie z serii Fadel Coherence One. System, ustawiony na stolikach StandArt STO i SSP, grał w zaadaptowanej akustycznie części pomieszczenia o powierzchni około 24 m².



Mark Levinson No. 5105

Wrażenia odsłuchowe
Ustawiając gramofon na stoliku i rozpoczynając odtwarzanie pierwszej płyty, miałem przeczucie, że to mocna maszyna, która zagra… w otwarte karty.
Mark Levinson No. 5105 brzmi tak, jak to potrafią najlepsze mass loadery. Jego największe atuty to maksymalnie odkręcona dynamika, duży wolumen dźwięku, nasycona barwa i wypełniona po brzegi scena stereo. Muzyki jest dużo i to muzyki spektakularnie odtworzonej. Podłączony do systemu, od razu pokazał swój ogromny potencjał i z każdą chwilą przekonywał, że to nie przypadek, nie pierwsze ulotne wrażenie, ale prawdziwe, rzetelne i przemyślane granie.



Panel sterowania.

Na początek sięgnąłem po album „Through Shaded Woods” projektu Lunatic Soul (Mystic Production). Przy pierwszym utworze od razu zwiększyłem głośność. W takim repertuarze, gdzie ogromne znaczenie ma rytm, ściana dźwięku, melodia i mocny fundament basowy, Mark Levinson prezentuje się jako mistrz ceremonii. Wspaniale znaleźć taki analogowy dźwięk – krzepki, mocarny, nasycony. Zagłębiając się w szczegóły, na co wcale nie mam ochoty, w zwyczajowo ocenianych kategoriach wystawiam piątki, a w kategoriach dynamika, bas i stereofonia – szóstki. Oceny nie będą na wyrost, bez względu na cenę i ligę, w której przyszłoby mu zagrać.
W progresywnym, rockowym i elektronicznym spektrum No. 5105 nokautuje. Można go porównywać do świetnego CD z wyjściem lampowym, choćby do stojącego na moim stoliku półkę niżej Audio Researcha Reference CD-7. Taka mocna lampowa sygnatura, z typową dla winylu, a zwykle nieosiągalną dla zapisu cyfrowego płynnością, czyni ten gramofon trudnym do pobicia. Płynie z niego dźwięk zjawiskowy i imponujący!



Rolka napędowa i pasek.

Dla oceny brzmienia orkiestry skorzystałem z LP „Khatchaturian dirigiert Khatchaturian” (EMI/Electrola). Płyta została wydana w technice SQ, czyli kwadrofonicznej, ale odsłuch odbywał się w stereo. Wkładka z igłą o szlifie Nude Shibata okazała się więc optymalna dla oceny zapisanego tu brzmienia London Symphony Orchestra. No. 5105 znów pokazał wspaniały potencjał dynamiczny. Symfonika może być jego programem popisowym, a to dzięki pełnej kontroli brzmienia, z zachowaniem jego złożoności, bogactwa instrumentalnego, melodyki i nagłych zwrotów tempa. Tylko pogratulować takiego opanowania.
Bardzo dobrze oceniam dobór fabrycznie zamontowanej wkładki. Ortofon Quintet Black S zapewnia wzorową kontrolę dźwięku oraz klarowną górę pasma, która zostaje oddana szczegółowo, ale bez zbędnej emfazy. Zakres częstotliwości przekazuje w pełni i swobodnie. Po zasłyszanych wcześniej opiniach na temat tego przetwornika spodziewałem się podkreślania skrajów pasma, jakiegoś szczególnego wykonturowania brzmienia, jednak w tej konfiguracji nic takiego się nie stało. Dźwięk był poukładany, a jednocześnie angażujący. W pewnym sensie nieugięty, chętny do grania dużo i mocno. Czasem może sugerował gotowość do ofensywy, ale rozumianej raczej jako pewność swych umiejętności i przebojowość. Spektakularny? W aspekcie dynamiki na pewno tak. Przesadzony? W żadnym czasie i żadnych okolicznościach.



Widok z tyłu.

Finezyjny? To pytanie z przekory, ale też na miejscu. No więc… nie do końca. Ale taki już los ciężkich gramofonów, że windując jedne cechy na poziom wzorcowy, inne mogą traktować mniej priorytetowo. W przypadku No. 5105 żaden z aspektów brzmienia nie został jednak zaniedbany. Minąłbym się z prawdą, tak to określając, ale też nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował podnieść poprzeczki i wycisnąć jeszcze więcej. Jednym ze sposobów okazała się wymiana maty na skórzaną Analogue Studio Leather Mat, która na co dzień znajduje się w systemie mojego syna. Gdy pogrążony w naukowym transie zgłębiał tajemnice anatomii GIS*, wykorzystałem popołudnie na porównania.
Odniosłem wrażenie, że ta prosta zmiana poprawiła rozdzielczość i gładkość wysokich tonów oraz zakresu wyższej średnicy. Większy spokój podkreślił akustykę i mikrodynamikę muzycznych zdarzeń. To był krok w dobrą stronę, ku jeszcze większym emocjom. A i wygląd No. 5150 na tym zyskał. Próby wykonywałem, słuchając muzyki Jonny Greenwooda ze ścieżki dźwiękowej do filmu „Phantom Thread” (Nonesuch Records).



No to gramy!

A skoro o emocjach mowa, to słuchanie po zimowym zmroku pań śpiewających ładne piosenki okazało się nie mniej przyjemnym doświadczeniem. Rebecca Pidgeon na „Retrospective” (Chesky Records) rozświetliła nastrój. W tych akustycznych aranżacjach dało się zauważyć lekkie podkreślenie niskich tonów. Odrobinę masywniejsze, niż pamiętam, były fortepian i kontrabas. Nagrania zyskały ciekawą skalę. Gramofon pięknie wydobywał dźwięki z tła, gdzieś zza ściany za kolumnami, jakby z trzeciego planu. Głos wokalistki nie przykuwał uwagi nadmiernie. Dochodził gdzieś ze środka, choć jej postać zajmowała dużą część sceny. Nie było to śpiewanie blisko i do uszka. Za to głos był obszerny i wielowymiarowy. Efekt oceniam jako lekko przeskalowany, choć nadal naturalny. Od czasu do czasu i nieprzesadnie głos okraszały sybilanty. Nie była to natarczywość, a raczej otwartość, która mogłaby nieść jeszcze odrobinę więcej finezji. W tych realizacjach dobrze zostały oddane pogłosy i mikrodynamika. Gramofon pokazuje więc wiele warstw i aspektów, zarówno realizatorskich, jak i wykonawczych.



Drugi system

Drugi system
Drugą część odsłuchów przeprowadziłem z urządzeniami zaproponowanymi przez dystrybutora. W tym celu w drugiej osi mojego pokoju odsłuchowego zmieściłem dodatkowy system, złożony z monitorów JBL HDI 1600 (recenzja „HFiM” 4-5/2020, nagroda roku 2021) oraz wzmacniacza Mark Levinson No. 5805, którego wersję „cyfrową”, czyli No. 5802, miałem przyjemność opisać w „HFiM” 6/2020. Tym razem mogłem posłuchać jej bardziej uniwersalnej i zrozumiałej dla mnie wersji, wyposażonej także w wejścia analogowe. Gramofon Mark Levinson No. 5105 został więc wpięty do integry No. 5805. Parametry wejścia phono skonfigurowałem dla wkładki MC, więc nie było konieczności stosowania transformatora, a konfiguracja znacznie się uprościła.
Po pierwsze, duża wieża Levinsona świetnie się prezentuje. Elementy unifikujące aparycję, czyli kształt nadany frontom, wstawki z jasnego aluminium czy jednakowe, podświetlone na czerwono przyciski wprowadzają stylistyczną harmonię. Nie zdziwię się wyborowi takiego kompletu na podstawie samego wyglądu.
Zmiany brzmieniowe, jakie nastąpiły, w znacznym stopniu wynikały z zastąpienia dużych trójdrożnych kolumn niewielkimi dwudrożnymi monitorami. Od razu zastrzegam, że JBL-e nie wykazały braków. Były wydajne dynamicznie i żywiołowe, a o jakości i rozciągnięciu pasma można napisać wiele dobrego. Nie ma co porównywać ich z ATC; są inne, różnią się założonymi priorytetami brzmienia. Zagrały od ATC mniej studyjnie, a bardziej scenicznie. Pasują do wzmacniacza i źródła Marka Levinsona, dopełniając wizję brzmienia amerykańskiego, odważnego, nie zawsze ugrzecznionego, ale zawsze ciekawego i szczerego. Do tego okażą się bardziej uniwersalne w dopasowaniu do większości normalnych pomieszczeń, zarówno wyglądem, jak i rozmiarem. W moim pokoju wytworzyły wystarczające natężenie dźwięku. Odsunięcie od ściany pozwala się brzmieniu otworzyć, a wzmacniaczowi – lepiej skontrolować mocny bas monitorów. Podejrzewam jednak, że spora grupa zainteresowanych sięgnie po podłogówki. Tak czy inaczej, mając na uwadze żywiołowy charakter JBL-i i high-endową wydajność oraz dyscyplinę Marka Levinsona, wróżę chyba wszystkim takim zestawieniom powodzenie, a nabywcom – satysfakcję. To dobry przykład, gdy nieco tańsze głośniki nie tłumią możliwości droższej elektroniki.



Drugi system

Konkluzja
Mark Levinson No. 5105 startuje wśród wymagającej konkurencji. Reprezentuje amerykański rozmach, jest mocny i pewny. Gra nasyconym i dynamicznym dźwiękiem. Buduje spektakularną scenę. W zestawieniu ze wzmacniaczem Mark Levinson No. 5805 tworzy duet bardzo stylowy i na wysokim poziomie brzmieniowym.

*GIS – głowa i szyja



Źródło: https://hi-fi.com.pl/testy/gramofony/5484-mark-levinson-no-5105.html


DEALERZY
Sieć autoryzowanych punktów sprzedaży
3,536,227
Facebook fans
5,530
Facebook fans
1,803
Facebook fans