Test Mark Levinson Nº 5802

Źródło: Stereolife.pl - 04.12.2019 r.
Mark Levinson to jedna z niekwestionowanych legend świata sprzętu grającego. Firma, której logo pojawia się tylko na urządzeniach z najwyższej półki, a także w samochodach, których producenci postanowili zadbać o każdy szczegół, w tym bezkompromisową jakość systemu audio. Przedwzmacniacze, końcówki mocy, wzmacniacze zintegrowane i odtwarzacze tej marki pozostają synonimem amerykańskiego luksusu. Co tu dużo mówić, Mark Levinson to po prostu marzenie każdego melomana. Jak to z marzeniami bywa, jego spełnienie nie jest i nigdy nie było proste. Dla większości audiofilów barierą nie do przeskoczenia są oczywiście ceny. Amerykanie może nie uważają ich za przesadzone, ale oni mają przecież specyficzne podejście do wielu rzeczy, a reszta świata zdążyła się do tego przyzwyczaić. Nie oglądaliście programów, w których młode małżeństwo ogląda piękne, położone nad oceanem domy i odrzuca kolejne propozycje agenta nieruchomości, bo w jednym domu salon miał tylko sześćdziesiąt metrów, a w drugim osiemdziesiąt, a to stanowczo za mało? Nie widzieliście dziennikarzy motoryzacyjnych, którzy Porsche Cayenne nazywają "małym SUV-em", a każde auto z silnikiem o mocy poniżej trzystu koni mechanicznych jest ich zdaniem "underpowered"? Może więc nie ma nic dziwnego w tym, że porządny wzmacniacz to dla amerykańskich audiofilów hi-endowy, najlepiej dwuczęściowy preamp z dwoma pionowymi monoblokami oddającymi 500 W przy 8 Ω i 1000 W przy 4 Ω. Ewentualnie, w dla wygodnickich, co to im szkoda miejsca na sprzęt albo wydali wszystkie oszczędności na powiększenie przydomowego basenu - wysokiej klasy integra.

Amerykanie się przełamali. Nie, absolutnie nie oznacza to, że będą teraz produkowali wzmacniacze za pięć, dziesięć lub piętnaście tysięcy złotych. Najwyraźniej doszli jednak do wniosku, że sprawy zabrnęły trochę za daleko, a poprzeczka cenowa została ustawiona tak wysoko, że nawet w środowisku mocno zakręconych audiofilów o klockach Marka Levinsona praktycznie się nie rozmawia. No dobrze - może nie w kręgach najbardziej zamożnych ludzi oddających się temu hobby, ale dla większości miłośników muzyki i sprzętu audio urządzenia tej marki pozostają tak bardzo poza zasięgiem, że właściwie nie ma sensu porównywać do nich klocków, na które przynajmniej część reprezentantów tego środowiska może sobie pozwolić. Przykładowo, w Polsce od wielu lat wygląda to tak, że sprzęt Marka Levinsona można zobaczyć w kilku wybranych salonach i na odbywającej się raz w roku wystawie Audio Video Show. Z jednej strony nie ma w tym nic dziwnego. Ferrari też nie sprzedaje swoich samochodów w każdym większym mieście. Ci, których na nie stać, doskonale wiedzą gdzie ich szukać. Z drugiej - Ferrari to nie tyle producent ryczących, sportowych aut, którymi można jeździć po drodze, ale wielka machina marketingowa, której działania obejmują uczestnictwo w wyścigach Formuły 1, sprzedawanie firmowych gadżetów i umieszczanie słynnego loga z wierzgającym koniem na słuchawkach bądź laptopach, wspieranie różnego rodzaju akcji i imprez czy udostępnianie możliwości zakupu specjalnych, limitowanych modeli tylko wybranej grupie najbardziej oddanych klientów. Nie trzeba znać się na samochodach, aby wiedzieć, że Ferrari to totalna, światowa ekstraklasa. A czy ktoś, kto na co dzień słucha muzyki na bezprzewodowych głośnikach JBL-a wie czym jest Mark Levinson? Nie sądzę. Być może dlatego firma postanowiła "wyjść do ludzi" i wprowadziła dwa wzmacniacze zintegrowane, które - umówmy się - tanie nie są. Ale kosztują znacznie mniej niż Nº 585, a na pierwszy rzut oka właściwie ciężko powiedzieć dlaczego. Oba są wielkie, ciężkie, potężne, piękne i utrzymane w typowym dla amerykańskiej firmy, luksusowym i nowoczesnym stylu. Mało tego. Oba kosztują mniej niż niemal dwadzieścia lat temu kosztował kultowy Nº 383! Nie było innego wyjścia - musiałem sprawdzić co potrafią nowe, "budżetowe" integry Marka Levinsona, a żeby dodać całej sprawie pikanterii, wypożyczyłem do testu tańszy model Nº 5802.





Wygląd i funkcjonalność

Główny inżynier Marka Levinsona, Todd Eichenbaum, w jednym z wywiadów powiedział coś bardzo ciekawego. Potwierdził, że głównymi klientami tej firmy są ekstremalnie zamożni melomani, którzy właściwie nie muszą przejmować się ostateczną ceną systemu, który stawiają w swoim salonie, drugim domu, trzecim domu, garażu, sypialni, siłowni i tak dalej. Niektórzy ucieszyliby się gdyby każdy model w katalogu zdrożał dwukrotnie lub pięciokrotnie, bo nie zrobiłoby im to żadnej różnicy, ale mogliby cieszyć się sprzętem, na który naprawdę nie stać zwykłych śmiertelników. Mając takich klientów, Mark Levinson może pozwolić sobie na wszystko. To z kolei przekłada się na wyjątkowy komfort pracy inżynierów projektujących kolejne urządzenia. Muszą się oni przejmować tylko tym, aby wersja końcowa prezentowała najwyższą możliwą jakość dźwięku i dawała swemu właścicielowi poczucie obcowania z wyjątkowo ekskluzywną aparaturą. A gdzie koszt produkcji obudowy? Gdzie kalkulacja cen użytych podzespołów? Otóż to - takich rzeczy w równaniach rozwiązywanych przy komputerach i stołach montażowych Marka Levinsona po prostu nie ma. Tutaj każdy element może być zaprojektowany na specjalne zamówienie. Obudowa może być tak głęboka i tak wysoka, jak to tylko konieczne. Wnętrze wzmacniacza czy odtwarzacza może być wykonane choćby ze złota. Nie ma ryzyka, że urządzenie okaże się zbyt drogie i nikt go nie kupi. Z takim logiem na przedniej ściance? Spokojnie, chętny zawsze się znajdzie. Amerykanie mają świadomość, że mogą wypuszczać na rynek odtwarzacze za niecałe sto tysięcy złotych i "nikt złego słowa nie piśnie, nawet przed obliczem senatu". Kiedy jednak zapadła decyzja o wprowadzeniu tańszych wzmacniaczy, pojawił się problem. Jak tu zaprojektować dobrą integrę za trzydzieści, może trzydzieści pięć tysięcy złotych? Toż to prawie niemożliwe! Oczywiście trochę w tym momencie przesadzam, ale łatwo sobie wyobrazić, że wprowadzenie dodatkowego ograniczenia musiało być dla inżynierów Marka Levinsona sporym szokiem. Ale "łamiąca wiadomość" miała dopiero nadejść. Kierownictwo firmy postawiło kolejny warunek. Nowe wzmacniacze bezdyskusyjnie musiały prezentować jakość wykonania i brzmienia, z której komponenty Marka Levinsona są powszechnie znane. Innymi słowy, miały być tańsze, ale tak dobre, aby nie przynieść firmie wstydu, a może nawet zjednać jej nowych sympatyków. Oddanie w ręce klientów amplitunerów przepakowanych w ładniejsze obudowy absolutnie nie wchodziło w grę. Stawką jest przecież dobre imię marki, której od wielu lat ufają audiofile z nieprzyzwoicie zasobnymi portfelami. Gdyby dowiedzieli się, że ich stały dostawca hi-endowego sprzętu audio zaliczył wpadkę, i to przy okazji trudnej do wytłumaczenia próby przypodobania się mniej zamożnym melomanom, przy najbliższej okazji mogliby przerzucić się na McIntosha, Audio Researcha, MBL-a albo Gryphona. W prace nad nowymi urządzeniami zaangażowano więc zespół dwunastu inżynierów. Kiedy modele Nº 5802 i Nº 5805 ujrzały światło dzienne, kierujący nim Todd Eichenbaum stwierdził, że "dokładnie o takie rezultaty nam chodziło".


Wiemy zatem, że Amerykanie postanowili zrealizować niełatwą misję, ale z ostatecznego efektu są zadowoleni. Pytanie tylko co mają z tego audiofile rozglądający się za wzmacniaczem z naprawdę wysokiej półki. Okazuje się, że całkiem sporo. Nº 5802 i Nº 5805 to w zasadzie dwie wersje jednego i tego samego wzmacniacza. Na czym polega różnica? W pierwszej kolejności pomyślałem, że ostatnia cyfra w symbolu odnosi się do liczby kanałów. W końcu amerykańscy klienci uwielbiają porządne kino domowe, najlepiej zrobione w formie kompletnej instalacji z głośnikami w ścianach i projektorem wyjeżdżającym ze środka regału z książkami. Ale nie. To byłoby zresztą podejrzane, bo w dzisiejszych systemach dźwięku przestrzennego pięć kanałów to przeżytek, a Mark Levinson też szczególnie nie interesował się tym rynkiem. Skoro nie liczba kanałów, to może moc wyjściowa? Znów pudło. Oba modele charakteryzują się identycznymi parametrami. Przynajmniej jeśli chodzi o sekcję przedwzmacniacza, gniazd cyfrowych i końcówki mocy dostarczającej 125 W na kanał przy 8 Ω. Skoro jednak jeden wzmacniacz kosztuje 31990, a drugi 35990 zł, gdzieś musi się kryć haczyk. Faktycznie, ale konstruktorzy poszli zupełnie innym, mniej oczywistym torem. Nº 5802 jest bowiem integrą wyposażoną wyłącznie w wejścia cyfrowe, natomiast Nº 5805 ma w środku dodatkową płytkę, a z tyłu - dodatkowe gniazda analogowe, umożliwiające podłączenie nie tylko klasycznych źródeł w rodzaju magnetofonu, ale także gramofonu z wkładką MM lub MC. Najwyraźniej producent doszedł do wniosku, że jeśli komuś w ogóle będą potrzebne wejścia analogowe, logicznym posunięciem będzie wyposażenie urządzenia we własny przedwzmacniacz korekcyjny. Logika podpowiada, że różnica w cenie nie jest już przesadnie duża, w związku z czym bezpieczniej będzie kupić droższy model. Ale z drugiej strony... Co oprócz gramofonu moglibyśmy do niego podłączyć, aby usprawiedliwić zakup płytki z układami analogowymi za cztery tysiące złotych? Tuner analogowy? Odtwarzacz płyt kompaktowych, w którym nie zamontowano jakiegokolwiek wyjścia cyfrowego?

Wychodzi na to, że dodatkowe gniazda mało komu będą potrzebne. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że ogromna większość melomanów słucha muzyki wyłącznie z serwisów streamingowych, część audiofilów korzysta jeszcze z plików lub płyt kompaktowych, a winylowcy, mimo panującej na całym świecie mody na czarne płyty i gramofony, wciąż są w mniejszości. Możliwość rezygnacji z wejść analogowych i dorzucenia różnicy do kolumn, źródła lub kabli wydaje się kusząca. Istnieje jednak jeden duży minus takiego posunięcia. Wspomnianej płytki z dodatkowymi układami nie da się zamontować w przyszłości, tym samym przeskakujące z Nº 5802 na Nº 5805. Tańszy model nie ma zaślepki, którą moglibyśmy usunąć w celu dodania gniazd RCA i XLR. Układ tylnej ścianki w obu wzmacniaczach jest inny (choć wnętrze Nº 5802 jest ewidentnie przystosowane do montażu "czegoś jeszcze" - zobaczymy tu puste gniazda i sporo miejsca dokładnie na wysokości rzędu gniazd analogowych w Nº 5805). Dlaczego konstruktorzy zdecydowali się na taki zabieg? Nie wiem. Wydaje się, że znacznie lepszym posunięciem byłoby wprowadzenie jednej integry i opcjonalnej karty z gniazdami analogowymi, na którą klienci mogliby się zdecydować od razu (otrzymując fabrycznie złożony piecyk z pełnym wyposażeniem), w przyszłości (oddając urządzenie do autoryzowanego salonu) albo nigdy (w końcu z tyloma wejściami cyfrowymi też można żyć). Tutaj natomiast wyboru dokonanego podczas zakupu nie będzie można zmienić lub odwrócić. Jeżeli zdecydujemy się na Nº 5802, ale pewnego dnia dojdziemy do wniosku, że winyl to jest to, jedynym wyjściem będzie pozbycie się naszego wzmacniacza i kupno bliźniaczego, ale wyposażonego w wejścia analogowe modelu Nº 5805. Inna sprawa, że ulepszenie samej integry też nie będzie proste. To skończony, zamknięty projekt. Mając taki piecyk, pozostanie nam tylko inwestować w kolumny, transporty cyfrowe, kable, zasilanie i akcesoria. Mimo to, warto spojrzeć na urządzenia takich firm, jak Lyngdorf, Devialet czy Naim. Ich użytkownicy najczęściej mają co najmniej kilka opcji ulepszenia swojego wzmacniacza lub całego systemu. Mogą dokupić płytkę z wysokiej klasy wejściami analogowymi albo kilkoma gniazdami HDMI, dorzucić do kompletu drugi wzmacniacz lub uzupełnić system dedykowanym zasilaczem. Rozumiem, że Mark Levinson ma się nam kojarzyć ze sprzętem, którego w żaden sposób nie trzeba już poprawiać, ale po co mnożyć pozycje w katalogu, skoro w jednym i drugim modelu większość komponentów - wliczając w to końcówkę mocy, zasilacz i obudowę - wygląda dokładnie tak samo?

Nº 5802 z całą pewnością nie jest wzmacniaczem dla każdego. Samo jego zdobycie i przetransportowanie to nie lada operacja. Pamiętam przygodę z modelem Nº 585, którego odsłuch w naszym redakcyjnym systemie doszedł do skutku tylko dzięki pomocy i cierpliwości kilku życzliwych osób. Pierwszy sprowadzony do naszego kraju egzemplarz tej superintegry po wizycie w innej redakcji (nie wiem której, ale się domyślam) wrócił do dystrybutora w opłakanym stanie, w związku z czym wszystkie testy i wypożyczenia natychmiast zawieszono. Szczerze mówiąc, wcale się temu nie dziwię. Żaden miłośnik hi-endowego sprzętu nie chciałby kupić uszkodzonego lub porysowanego wzmacniacza przyozdobionego śladami paluchów umaczanych w sosie paprykowym. Konieczność wyjątkowo ostrożnego obchodzenia się z testowanym sprzętem i świadomość jego wysokiej ceny stwarza jednak pewien dystans, więc Nº 585 nie zapisał się w mojej pamięci jako wzmacniacz, z którego odsłuchu miałem nie wiadomo ile frajdy. W przypadku Nº 5802 było już trochę inaczej. Nie miałem większych problemów z jego wypożyczeniem, a podczas testu czułem się o wiele pewniej i bardziej komfortowo. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że jest to kawał bydlaka. Urządzenie wysłano do nas na palecie. Spodziewałem się, że zobaczę na niej jakąś wielką skrzynię skręconą długimi na dwadzieścia centymetrów śrubami, a sam wzmacniacz będzie otoczony trzema warstwami pianek, gąbek i styropianów. W rzeczywistości jednak rozpakowywanie amerykańskiego pieca przebiegło szybko i bezproblemowo. Owszem, mamy do czynienia z wielką bryłą żelastwa ważącą 27,6 kg. Skoro jednak dałem radę samodzielnie postawić Nº 5802 na stoliku, to chyba nie jest tak źle. Największym problemem może być głębokość obudowy, leciutko przekraczająca 50 cm. Takiemu wzmacniaczowi trzeba zapewnić komfortowe warunki pracy, pamiętając o jego właściwej wentylacji.

Poza gabarytami i masą, nowa integra Marka Levinsona to po prostu fajny, nowoczesny i bardzo dopracowany wzmacniacz utrzymany w minimalistycznym stylu. Jego obudowa została w przeważającej części wykonana z anodowanego na czarno aluminium, a uzupełnieniem tej nieco przytłaczającej bryły są kontrastowe, białe pokrętła i dwie wykończone w identyczny sposób listewki spinające umieszczoną centralnie szybkę z dołu i z góry. Po podłączeniu kabla zasilającego ujrzymy czerwony, pulsujący pierścień otaczający przycisk trybu czuwania. Obok niego znalazł się jeszcze drugi, dający dostęp do pokładowego menu, a z drugiej strony niespodzianka - duże wyjście słuchawkowe. Do obsługi urządzenia powinny nam zatem wystarczyć dwa pokrętła i dwa przyciski. I tak rzeczywiście jest, bowiem gałkę umieszczoną z prawej strony można także nacisnąć, potwierdzając wejście w daną zakładkę menu lub zmianę któregoś z ustawień. Co ciekawe, wyświetlacz zajmuje tylko niewielką część "szybki", a do tego na pierwszy rzut oka prezentuje się trochę staroświecko. Czerwone kropki pachną sprzętem z minionej epoki, ale w urządzeniach Marka Levinsona od dłuższego czasu jest to standard. A gdzie ekran OLED? Gdzie kolorowe okładki odtwarzanych albumów? Otóż okładek i tak nie zobaczymy (o czym za chwilę), a do poruszania się po ustawieniach lub wyświetlania aktywnego wejścia i poziomu głośności taki stosunkowo niewielki ekranik w zupełności wystarczy. Można na to narzekać (szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że krawędzie wyświetlacza wyraźnie odcinają się od reszty przedniego panelu), jednak wydaje mi się, że projektanci chcieli w ten sposób nieco uodpornić Nº 5802 na upływ czasu. Spójrzcie tylko jak postrzegamy dzisiaj kolorowe ekrany w luksusowych autach wyprodukowanych powiedzmy dziesięć lat temu. Wtedy fabryczna nawigacja na desce rozdzielczej to było coś. Dziś natomiast dowolny tablet za kilkaset złotych wygląda znacznie lepiej i działa o wiele szybciej. Auto może mieć znakomity silnik, wyremontowane zawieszenie i zadbane wnętrze, ale tego typu gadżety starzeją się najszybciej, więc wsiadając do niego najbardziej będzie rzucał się w oczy prehistoryczny ekran i nawigacja z mapami wypalonymi na płytach DVD. Mark Levinson na pewno mógł zainstalować tu ładniejszy wyświetlacz. Przy takiej cenie całego wzmacniacza byłyby to dosłownie grosze. Pytanie tylko co stałoby się za dziesięć czy piętnaście lat. Wzmacniacz pewnie wciąż będzie świetny. DAC moim zdaniem też wytrzyma próbę czasu. A wyświetlacz wyglądałby co najmniej głupio.

Po podłączeniu kabla zasilającego ujrzymy czerwony, pulsujący pierścień otaczający przycisk trybu czuwania. Obok niego znalazł się jeszcze drugi, dający dostęp do pokładowego menu, a z drugiej strony niespodzianka - duże wyjście słuchawkowe. Do obsługi urządzenia powinny nam zatem wystarczyć dwa pokrętła i dwa przyciski. I tak rzeczywiście jest, bowiem gałkę umieszczoną z prawej strony można także nacisnąć, potwierdzając wejście w daną zakładkę menu lub zmianę któregoś z ustawień.
Co zatem możemy zrobić korzystając z pokładowego menu? Jak na wzmacniacz zintegrowany, całkiem sporo. Bez większego problemu ustawimy na przykład startowy lub maksymalny poziom głośności albo nadamy własne nazwy poszczególnym wejściom. Najbardziej zainteresowała mnie jednak możliwość dobrania się do ustawień nie z poziomu matrycowego wyświetlacza i pokręteł na przednim panelu urządzenia, ale dowolnego komputera lub urządzenia mobilnego pracującego w tej samej sieci. Aby to zrobić, musimy przede wszystkim skorzystać z umieszczonego na tylnym panelu gniazda LAN. Następnie wchodzimy w menu i prosimy wzmacniacz aby pokazał nam swój numer IP. Po wpisaniu tego adresu w przeglądarce zobaczymy stronę z aktualnymi ustawieniami naszej integry. Oczywiście, jak na dzisiejsze standardy nie jest to jakaś imponująca technologia. Na rynku można przecież znaleźć stosunkowo niedrogie głośniki sieciowe, które obsługuje się za pomocą aplikacji - jeszcze wygodniej i przyjemniej. Mimo to, po raz kolejny widać, że inżynierowie Marka Levinsona postawili na rozwiązania proste, skuteczne i odporne na upływ czasu, aktualizacje i wciąż zmieniające się standardy. Nie da się ukryć, że wygląda to dziwnie, prawie jakbyśmy włamywali się do czyjegoś routera. Ale w ten sposób najszybciej dostaniemy się do konkretnych ustawień i podejrzymy nawet temperaturę pracy naszego wzmacniacza. Co więcej, z poziomu przeglądarki na komputerze lub tablecie możemy też przejąć kontrolę nad urządzeniem - zmienić źródło, sterować poziomem głośności albo przejść w tryb czuwania po zakończonym odsłuchu. Tradycjonalistom pozostaje pilot - nie mniej efektowny niż sam piecyk. To czarny, aluminiowy sterownik z czerwoną obwódką wokół przycisku standby (fajne nawiązanie do tego na froncie wzmacniacza) i czerwoną klapką, za którą czają się baterie. Nie ma niepotrzebnych przycisków ani klekoczącego plastiku. Piękna rzecz.

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że gniazdo sieciowe pełni w tym wzmacniaczu wyłącznie funkcję kontrolną. Możemy zaktualizować oprogramowanie urządzenia, pobawić się panelem dostępnym z poziomu przeglądarki lub zapisać wszystkie wprowadzone ustawienia tak, abyśmy mogli później łatwo je odtworzyć. Do słuchania muzyki potrzebne nam będzie jednak źródło - odtwarzacz płyt kompaktowych, streamer, komputer, konsola albo jakiekolwiek inne urządzenie z wyjściem cyfrowym - USB, koaksjalnym, optycznym lub AES/EBU. Inaczej nie pojedziem. Jedynymi gniazdami analogowymi są umieszczone obok terminali głośnikowych wyjścia RCA, które możemy wykorzystać na przykład do podpięcia zewnętrznej końcówki mocy lub aktywnego subwoofera. Do dyspozycji mamy również Bluetooth, ale żeby tak podłączony do sieci Mark Levinson dobrał się do naszej plikowej biblioteki lub muzyki z wybranego serwisu streamingowego, to nie. On po prostu nie jest od tego. Skoro na pokładzie mamy wysokiej jakości przetwornik i gniazdo LAN, to co dokładnie stało na przeszkodzie, by Nº 5802 stał się hi-endowym systemem all-in-one, zdolnym odtwarzać muzykę z TIDAL-a lub, jeśli chcielibyśmy zasmakować jeszcze wyższej jakości dźwięku, przez aplikację Roona? Nie mam bladego pojęcia. Wygląda to tak, jakby w ostatniej chwili ktoś zaciągnął hamulec, rozłączył jakieś płytki wewnątrz wzmacniacza i pod groźbą srogiej kary finansowej kazał uruchomić produkcję nowej integry w takiej postaci. Mogę się tylko domyślać, że możliwość streamingu muzyki bez konieczności podłączania zewnętrznego źródła (tak, jak ma to miejsce chociażby w Heglu H390) została zablokowana z przyczyn politycznych, bo posiadacze Nº 585 i innych wysokich modeli Marka Levinsona mogliby się porządnie wściec. Flagowy piecyk także tego nie potrafi. I to pomimo faktu, że jakiś czas temu poddano go drobnym modyfikacjom.

Z jednej strony otrzymujemy więc ogromny, ciężki, niezwykle solidny piec obiecujący wyjątkowe wrażenia odsłuchowe, ale nastawiony wyłącznie na odtwarzanie cyfrowej muzyki. Dodajmy, że nie mamy do czynienia z urządzeniem pracującym w klasie D. Nº 5802 to żadne ekologiczne cuda, ale klasyczny tranzystorowiec z potężnym zasilaczem i końcówką mocy pracującą w klasie AB. Z drugiej natomiast ciężko oprzeć się wrażeniu, że funkcjonalność amerykańskiej integry została sztucznie ograniczona. Celowo lub przypadkowo. Jedyne w miarę rozsądne wytłumaczenie jest takie, że firma postanowiła mimo wszystko trzymać się jakiegoś podziału obowiązków. Nie od dziś wiadomo bowiem, że wpychanie wszystkich funkcji do jednego urządzenia to przepis na kompromisowy dźwięk. Dwadzieścia lat temu Mark Levinson musiał walczyć z podobnymi stereotypami, bo dla wielu klientów przyzwyczajonych do hi-endowych dzielonek umieszczenie przedwzmacniacza i końcówki mocy w jednej obudowie było co najmniej nierozsądne. Idąc tym tokiem myślenia, Nº 5802 i tak ma stanowczo za dużo gniazd i funkcji, a zrobienie z niego systemu all-in-one niektórzy klienci mogliby odczytać jako cios w twarz. Z drugiej strony, nikt chyba nie będzie się oszukiwał, że integra za trzydzieści tysięcy złotych z małym kawałkiem zagra dokładnie tak samo, jak warty kilkaset tysięcy złotych system złożony z pięciu lub sześciu oddzielnych klocków. Audiofile przymierzający się do zakupu wzmacniacza z tej półki cenowej na pewno będą rozważali różne opcje i ważyli wszystkie plusy i minusy. Dysponując taką kwotą, możemy opuścić salon z luksusowym systemem jednopudełkowym, któremu do szczęścia potrzebne są tylko wysokiej klasy kolumny, kilka kabli, łączność bezprzewodowa i aplikacja w naszym smartfonie. Niezły wzmacniacz lub amplituner z funkcją streamingu kupimy już za trzy, pięć, dziesięć tysięcy złotych. No, ale... Dotychczas za trzydzieści tysięcy z groszami nie mogliśmy kupić nowego, pięknego, potężnego Marka Levinsona, a teraz możemy. Warto?

Brzmienie

Niestety tak. Jeżeli przez chwilę mieliście nadzieję, że amerykańscy inżynierowie odpuścili sobie więcej niż tylko streaming i stworzyli urządzenie dające bardzo mgliste pojęcie na temat brzmienia, z jakiego znane są wyższe komponenty Marka Levinsona, już po dziesięciu minutach odsłuchu pożegnacie się ze wszystkimi uprzedzeniami (a przy okazji także z marzeniami o tym, że w obliczu mało ekscytującego dźwięku uda się uratować stan konta bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia). Teraz już rozumiem dlaczego Todd Eichenbaum kończył ten projekt z takim entuzjazmem. Kierowana przez niego ekipa stanęła na wysokości zadania i wcale nie przestraszyła się ograniczeń finansowych, jakich w normalnych warunkach nigdy nie narzucano. Stworzyli rewelacyjną superintegrę, która gra dokładnie tak, jak powinien grać pełnokrwisty Mark Levinson, ale kosztującą mniej niż kultowy Nº 383 dwadzieścia lat temu. Wiem, że wciąż mówimy hi-endowym wzmacniaczu, który z oczywistych względów nie będzie mógł zagościć w każdym audiofilskim systemie, jednak mimo wszystko uważam, że tak dramatyczne obniżenie ceny przy zachowaniu wysokiej jakości i wszystkich cech firmowego brzmienia to spore osiągnięcie. Zacząłem się nawet zastanawiać czy narodziny tak dobrego wzmacniacza nie są przypadkiem jednym z pozytywnych skutków przejęcia amerykańskiego koncernu przez Samsunga. Do transakcji, która odbiła się szerokim echem na całym świecie doszło ponad trzy lata temu. Od tego czasu wielu audiofilów zastanawiało się czy marki należące do Harman International Industries nie zostaną przestawione na produkcję soundbarów i bezprzewodowych słuchawek do smartfonów, ale Koreańczycy mieli najwyraźniej inne plany. Wydaje się, ze wszystko jest w najlepszym porządku. Ba! Okazało się, że Mark Levinson może zbudować doskonały wzmacniacz tańszy od flagowej integry o ponad 40%. Zupełnie jakby ktoś wprowadził w życie genialny, od dawna utrzymywany w głębokiej tajemnicy plan, wprowadził normalną, zdrową dyscyplinę w gospodarowaniu pieniędzmi, postawił przed inżynierami zadanie, z jakim muszą się zmagać konstruktorzy niemal wszystkich innych komponentów audio i kazał im stworzyć urządzenie, które nie będzie tylko sztuką dla sztuki i ozdobą salonu dla wyjątkowo wąskiej garstki wybrańców, ale realną alternatywą dla McIntosha MA7200, Luxmana L-509X, Marantza PM-10, T+A PA 2500 R, MBL-a C51, Accuphase'a E-600, Passa INT-25, Lyngdorfa TDAI-3400, Hegla H590 i wielu innych znakomitych wzmacniaczy, które może nie wyznaczają jeszcze granic niemożliwego (bo ta w dzisiejszych czasach przeniosła się w zupełnie inne rejony), ale mogą rywalizować o względy wymagających audiofilów, którzy nie postradali jeszcze wszystkich zmysłów.

Aby dobrze opisać dźwięk serwowany przez Nº 5802, trzeba wrócić do dwóch starszych wzmacniaczy zintegrowanych Marka Levinsona - Nº 383 i Nº 585. Ten pierwszy był prawdziwym skurczybykiem. Niektórzy uważali, że jego brzmienie jest zbyt chłodne i bezkompromisowe, ale nie sposób odmówić mu dynamiki, neutralności, szybkości i wszechobecnego realizmu. To jeden z tych wzmacniaczy, których można użyć do przeczyszczenia swojej płytoteki, wyrzucenia najsłabiej zrealizowanych albumów. Nº 383 nie ma bowiem własnego zdania na temat naszej muzyki. Jest tylko od tego, aby wykonywać swoją pracę. Wzmacnia. Robimy ciszej - gra ciszej. Robimy głośniej - gra głośniej. Ale zawsze tak samo perfekcyjnie. Przekładając to na język obrazu, pierwsza superintegra Marka Levinsona nie byłaby telewizorem, w którym wszystko zostało upiększone i podkręcone do granic możliwości - tak, aby ludzie w sklepie zachwycali się nierealnie żywymi kolorami, ostrością, płynnością ruchu i kontrastem. Byłaby natomiast świetnym, doskonale skalibrowanym monitorem dla profesjonalistów - takim, na którym mogliby pracować najlepsi graficy na świecie. Oni muszą znać całą prawdę o materiale, z którym pracują. Dopiero wtedy mogą mieć pewność, że barwy są prawidłowe, a w ciemnych zakamarkach nie kryją się jakieś brudy, które ich monitor, podkręcając kontrast dla lepszego efektu, sprowadził do całkowitej czerni. Ideał? Tak, ale tylko dla melomanów i audiofilów, którzy są na tyle dojrzali, aby bez problemu zrezygnować z różowych okularów i poznawać muzykę taką, jaka jest naprawdę. Nº 585 miał przecież kontynuacją tej legendy, z jeszcze ładniejszą obudową, gniazdami cyfrowymi, wyższą mocą i kilkoma innymi dodatkami. Mam jednak wrażenie, że Amerykanie postawili sobie za cel, aby ten model także na etapie odsłuchu był wyraźnie lepszy od swojego legendarnego poprzednika. Tylko co miałaby tutaj oznaczać owa "lepszość"? No właśnie... Jeżeli projektujemy domy, prawie zawsze będziemy mogli zaprojektować większy, piękniejszy, ciekawszy, bardziej ekologiczny albo po prostu inny. Jednemu się spodoba, innemu nie. Co innego jeśli nasza robota polega na wylewaniu fundamentów, stawianiu ścian, podłączaniu elektryki lub układaniu parkietów. Dostajemy konkretne instrukcje, a miarą naszej pracy jest zgodność ostatecznego efektu z projektem. To już nie jest ocena na zasadzie "podoba mi się" lub "nie podoba mi się", ale "jest dobrze" albo "jest źle". Nº 383 był świetnym fachowcem. Wszystko jedno jaki dostał projekt (muzykę), robił tak, jak miał zrobić. Nº 585 swoją "lepszość" manifestował natomiast tak, że po skończonej robocie czegoś zawsze musiało być więcej. Zwykle basu, ale nie tylko. Mam znajomego, który niedawno wprowadzał się do nowego mieszkania i poprosił fachowca o wyłożenie glazurą jednej ściany w kuchni. Ale ponieważ płytek zostało, ten pokrył kafelkami jeszcze dwie ściany w przedpokoju. A bo to przecież człowiek wchodzi z dworu, oprze parasolkę i zaraz ściana brudna, a tak - czysto, schludnie, łatwo się czyści. Czyli co, lepiej? No właśnie, nie do końca. Bo tam miała stanąć robiona na wymiar szafa, a dwa centymetry płytek i kleju mocno popsuły plan.

Odpalając Nº 5802, zastanawiałem się czy tym razem uda się wrócić do ideału nakreślonego przez pierwszą superintegrę Marka Levinsona, czy może - chociażby z uwagi na znacznie niższą cenę - będziemy mieli do czynienia z pewną wariacją na temat firmowego dźwięku. Odpowiedź była jednoznaczna - Amerykanie wrócili na dobrą drogę. Właściciel opisywanego wzmacniacza dostanie przede wszystkim neutralność w najwyższej, najbardziej zaawansowanej i dopieszczonej postaci. Jeżeli tylko poświęci trochę czasu na odpowiedni dobór pozostałych elementów toru, albo każdy z nich wybierze kierując się tymi samymi kryteriami, będzie mógł cieszyć się uniwersalnym, doskonale zrównoważonym dźwiękiem. Pojęcie neutralności można tu rozszerzyć na każdy jeden element przekazu - równowagę tonalną, barwę, dynamikę, a nawet sposób budowania sceny stereofonicznej. Nº 5802 gra tak, jakby chciał być poza wszelkimi podejrzeniami jeśli w doskonale znanych utworach usłyszymy coś dziwnego lub podejrzanego. Nie kombinuje. Nie interpretuje. Nie dodaje od siebie nic poza mocą. Czy to niedościgniony ideał, za którym goni wielu audiofilów? Spełnienie marzeń o wysokiej wierności? Drut ze wzmocnieniem? Długo zastanawiałem się czy powinienem używać tak górnolotnych stwierdzeń, ale jeżeli w skali absolutnej nie ocieramy się jeszcze o granicę możliwości technicznych (od tego są przecież dzielone przedwzmacniacze i potężne monobloki kosztujące tyle, co Nº 5802, ale z jeszcze jednym zerem na końcu), to muszę powiedzieć, że w tym przedziale cenowym już dawno nie słyszałem tak obiektywnego i przezroczystego wzmacniacza. Całkiem blisko był Hegel H390 - świetna, wszechstronna integra, która w dodatku daje nam dostęp do cyfrowej muzyki bez pomocy jakichkolwiek innych urządzeń. Nie mogę też pominąć Luxmana L-505uXII, który zrobił na mnie bardzo, bardzo duże wrażenie. Spodziewałem się, że pod tą piękną obudową z podświetlanymi wskaźnikami wychyłowymi będzie krył się typowo japoński sprzęt grający jasno i lekko, a w rzeczywistości dostałem zdrowy, pełnopasmowy, energiczny, niemal całkowicie pozbawiony podbarwień dźwięk. Nº 5802 to jednak jeszcze wyższa półka. To, co w Heglu lub Luxmanie nie zostało jeszcze wyrównane i zeszlifowane na lustro, tutaj brzmi gładko i równo jak po trzecim lub czwartym polerowaniu.

Wszystko to sprawia, że na tym etapie mógłbym właściwie zakończyć opis wrażeń odsłuchowych. Jasne, zawsze można zabawić się w rozbieranie dźwięku na atomy, ale moim zdaniem byłoby to już równoznaczne z próbą odpowiedzi na pytanie jak smakuje woda albo jak pachnie tlen. Pytając o charakter brzmienia testowanego wzmacniacza należałoby wrócić do punktu wyjścia i uświadomić sobie, że czegoś takiego właściwie tutaj nie ma. Proponowałbym raczej wyobrazić sobie, że posiadane źródło podłączamy bezpośrednio do kolumn za pomocą hi-endowych kabli, na których zamontowano zsynchronizowane ze sobą potencjometry. Wzmacniacza jako takiego w naszym systemie nie ma. To z kolei sprawia, że spora część odpowiedzialności za efekt końcowy zostaje przerzucona na pierwszy element toru. Być może dlatego kwestia źródła staje się absolutnie kluczowa. Owszem, do każdego z wejść cyfrowych umieszczonych na tylnej ściance Nº 5802 możemy podłączyć wszystko, co tylko chcemy i z czego na co dzień korzystamy. Telewizor, komputer, konsolę lub jakiekolwiek inne urządzenie wyposażone w wyjście cyfrowe. Jednak mając na uwadze klasę Marka Levinsona i jego bezkompromisowe podejście do tematu, wszystkie tego typu rozwiązania (może poza komputerem z dobrze ogarniętym oprogramowaniem) należy traktować jako rozszerzenie podstawowej funkcji naszego systemu. Jeśli chcemy poznać pełen potencjał amerykańskiej integry, nie ma innego wyjścia - trzeba zaopatrzyć się w wysokiej klasy transport cyfrowy. Auralic Aries G2, Bryston BDP-3, Lumin U1, Fidata HFAS1-XS20U - coś w tym stylu. Chcąc rozłożyć wydatki w czasie, na początek można oczywiście wybrać rozwiązanie mocno kompromisowe i wspomóc się mniejszym streamerem, takim jak Auralic Aries Mini, Primare NP5 Prisma bądź Bluesound Node 2i. W układzie optymalnym powinniśmy jednak rozglądać się za źródłem hi-endowym, a to oznacza wydatek rzędu 15000-30000 zł. Rozumiecie więc dlaczego tak bardzo zaskoczył mnie fakt, że gniazdo sieciowe w Nº 5802 zostało potraktowane wyłącznie jako złącze komunikacyjne, a nie furtka umożliwiająca słuchanie muzyki z TIDAL-a lub Roona?

Pytając o charakter brzmienia testowanego wzmacniacza należałoby wrócić do punktu wyjścia i uświadomić sobie, że czegoś takiego właściwie tutaj nie ma. Proponowałbym raczej wyobrazić sobie, że posiadane źródło podłączamy bezpośrednio do kolumn za pomocą hi-endowych kabli, na których zamontowano zsynchronizowane ze sobą potencjometry. Wzmacniacza jako takiego w naszym systemie nie ma.
Amerykanie w pewnym sensie zmuszają nas do wejścia na wyższy poziom. Plus jest taki, że kiedy się tam znajdziemy, raczej nie pożałujemy i nie będziemy chcieli wracać do innych rozwiązań. Co ciekawe, dotychczas w katalogu Marka Levinsona nie było odtwarzacza będącego idealnym partnerem dla testowanej integry - zarówno pod względem technicznym, jak i wizualnym. Nº 519 kosztuje przecież trzy razy tyle, wygląda inaczej, a do tego ma gniazda analogowe, które posiadaczowi Nº 5802 będą potrzebne jak rybie rower. Jeszcze w tym roku mamy jednak doczekać się oficjalnej premiery uniwersalnego źródła oznaczonego symbolem Nº 5101. To odtwarzacz SACD, streamer i przetwornik cyfrowo-analogowy w jednym. Urządzenie umożliwia odtwarzanie wielu formatów fizycznych, w tym SACD, CD-A, CD-R i CD-RW, a jeśli zechcemy przesyłać muzykę strumieniowo z urządzeń NAS, DLNA i UPnP, podłączonych do tej samej sieci przewodowo lub przez Wi-Fi, będziemy mogli posłuchać plików FLAC, WAV, AIFF, OGG, MP3, AAC i WMA. Nowy model może również odtwarzać pliki audio z napędu flash podłączonego do wejścia USB typu A. Nº 5101 ma kosztować 5500 dolarów, więc tak czy inaczej tanio nie będzie, ale za to firmowa wieża będzie prezentowała się znakomicie, a cały system obsłużymy za pomocą jednego pilota. Na zakończenie dodam tylko dwie rzeczy. Pierwsza - tak, wyjście słuchawkowe jest tak dobre, jak sobie wyobrażacie. Nie wiem czy to zasługa modułu MainDrive, ale nie wydaje mi się też, aby właścicieli Nº 5802 jakoś specjalnie to interesowało. Ważne, że nie ma wiochy. Druga - o ile w poprzednim rozdziale zastanawiałem się dlaczego w pewnych miejscach amerykańscy inżynierowie podjęli takie, a nie inne decyzje, tak po zakończonym odsłuchu widzę w tym sens. Wzmacniacz w pewnym sensie zmusza nas, abyśmy potraktowali go poważnie. Fakt, jest niemal dwukrotnie droższy of flagowej integry Nº 585.5, ale nie pozwala nam iść na skróty. To z kolei daje wszystkim stronom większą pewność, że sprzęt przyozdobiony logiem Marka Levinsona będzie grał dobrze. I tylko Bluetooth jakoś nie pasuje mi do tego obrazka, ale co zrobić - skoro maleńkie głośniki za dwieście złotych mają łączność bezprzewodową, to audiofilski sprzęt za 31990 zł nie może jej nie mieć.



Budowa i parametry

Nº 5802 to stereofoniczny wzmacniacz zintegrowany dysponujący mocą 125 W na kanał przy 8 Ω. Producent zapewnia, że wysokiej jakości brzmienia wynika tutaj z zastosowania najlepszych komponentów oraz długich lat doświadczenia w inżynierii audio najwyższej klasy. Z wyrafinowanym wzorniczo projektem obudowy, dyskretnym układem sygnałowym PureDirect, przetwornikiem cyfrowo-analogowym PrecisionLink II, wzmacniaczem słuchawkowym MainDrive oraz wydajnym układem dual-mono pracującym w klasie AB, najnowszy piecyk amerykańskiej firmy ma oferować firmowe brzmienie, wszechstronne wyposażenie i elastyczność konfiguracji. Nº 5802 jest urządzeniem nastawionym stricte na wzmacnianie sygnału pochodzącego z wejść cyfrowych, jednak nie mamy tu do czynienia z końcówką mocy pracującą w klasie D. Sekcja wzmocnienia napięciowego ma topologię zaczerpniętą z projektu legendarnej końcówki mocy Nº 534. Co ciekawe, do wnętrza potężnej integry zamkniętej w sztywnej, aluminiowej obudowie można dostać się stosunkowo łatwo. Wystarczy odkręcić zaledwie cztery śruby i powoli zdjąć górną pokrywę, która po bokach, mniej więcej w połowie wysokości wzmacniacza spotyka się ze swoim lustrzanym odbiciem. Oba elementy są połączone "na zakładkę", co znakomicie widać kiedy spojrzymy na tylną ściankę. Widok wart jest zachodu. Nº 5802 to niemal idealnie symetryczna konstrukcja, której każdy element jest w istocie oddzielnym modułem. Wzrok przyciąga przede wszystkim ogromny transformator toroidalny umieszczony tuż za wyświetlaczem, główna płytka drukowana połyskująca w wielu miejscach złotem, a także zamontowane pionowo końcówki mocy przykręcone do aluminiowych radiatorów. Czystość takiego układu to jedno, ale należy zwrócić uwagę także na dużą ilość różnego rodzaju złączek. Można odnieść wrażenie, że Nº 5802 został przygotowany na upgrade, do czego producent oficjalnie się nie odnosi. Możliwe również, że konstruktorzy chcieli w ten sposób zmniejszyć różnice między opisywanym modelem a droższym Nº 5805, który oprócz gniazd cyfrowych otrzymał także wejścia analogowe. Jedno jest pewne - jeżeli za kilkanaście lat wzmacniacz będzie wymagał sprawdzenia, naprawy lub chociażby wymiany kondensatorów i wyczyszczenia, serwisanci pewnie ucieszą się na taki widok. Na przednim panelu, nieopodal transformatora, znalazło się nawet gniazdko USB. Zapewne umieszczono je tam po to, aby po zdjęciu pokrywy można było podłączyć integrę do komputera i odpalić jakiś program diagnostyczny. Jak to w hi-endowym sprzęcie, taka masa elektroniki nie mogła zostać zamknięta w zwykłej, stalowej puszce. Mark Levinson zdecydował się na elegancką, aluminiową obudowę, w której piaskowany, anodowany na czarno panel przedni o grubości 25 mm przechodzi w szklaną powierzchnię zintegrowaną z wyświetlaczem, zamkniętą od góry i dołu dwoma srebrnymi poprzeczkami. Pokrętła o tradycyjnym, wklęsłym profilu są precyzyjnie wykończone i dopasowane wzorniczo do profilu panelu przedniego oraz nóżek. Nawet otwory wentylacyjne wycięte w górnej pokrywie wyglądają dość oryginalnie. Wszystko to robi duże wrażenie, nawet jak na urządzenie z tego przedziału cenowego. Minus jest oczywiście taki, że Nº 5802 to kawał żelastwa, z którym trzeba obchodzić się po męsku, ale bardzo ostrożnie. Z tego względu podczas sesji zdjęciowej nie wykonaliśmy ujęcia całego wnętrza od góry, bo to wymagałoby przerzucenia wzmacniacza na bok. Urządzenia fotografowane w ten sposób stoją zawsze na podkładkach z miękkiego filcu, a dla pewności są podpierane od tyłu. Ważącego dokładnie 27,6 kg Marka Levinsona ta przyjemność ominęła. Zwyczajnie baliśmy się, że coś pójdzie nie tak, a wtedy rachunek za zniszczony sprzęt byłby dość bolesny. Niestety, producent dysponuje jedynie "rozbieranymi" zdjęciami modelu Nº 5805. To zresztą o tyle ciekawe, że obie wersje różnią się zasadniczo jedną płytką - tą, którą doskonale widać poniżej. Aby jednak nie było żadnych wątpliwości, powyżej pokazujemy widok wnętrza Nº 5805 oraz zdemontowaną końcówkę mocy, a więcej zdjęć testowanego egzemplarza, w tym również jego "bebechów" zamieszczamy w galerii pod testem.



Werdykt

Nº 5802 to ze strony Marka Levinsona zaproszenie do zabawy. Uchylenie drzwi elitarnego klubu przed audiofilami, którzy do tej pory przechodzili obok niego. Nawet nie tyle z wymalowaną na twarzy zazdrością, co niewiedzą, niemal zupełną nieświadomością co też dzieje się tam w środku. Karta członkowska jest podejrzanie tania, ale działa. Otwiera te drzwi, które miała otworzyć. Wzmacniacz wygląda i gra dokładnie tak, jak powinien grać sprzęt ozdobiony logiem Marka Levinsona. Gdzie jest haczyk? To proste - aby wejść do klubu, nie wystarczy mieć przy sobie opłaconej karty. Trzeba jeszcze zainwestować w garnitur, buty i luksusowy zegarek, a w kieszeniach mieć jeszcze wystarczająco dużo gotówki, aby było nas stać na czekające wewnątrz atrakcje. Nº 5802 to wspaniały wzmacniacz. Jeden z najlepszych, jakie można kupić za te pieniądze. Aby jednak cieszyć się nim bez żadnych przeszkód, trzeba będzie zainwestować przynajmniej dwa, trzy lub cztery razy tyle w źródło, kolumny, kable i akcesoria zasilające. Jeżeli chcecie to zrobić i nie planujecie uciekać od tematu, zasłaniając się ciągle innymi wydatkami, możecie wejść do klubu Marka Levinsona za pół ceny. Czy warto? Proszę, co to za pytanie...
Mark Levinson Nº 5802

Dane techniczne

Moc: 2 x 125 W/8 Ω
Wejścia cyfrowe: 2 x optyczne, 2 x koaksjalne, 1 x USB, 1 x AES/EBU
Wyjście słuchawkowe: 6,3 mm
Wyjścia analogowe: 2 x RCA
Pasmo przenoszenia: 20 Hz - 20 kHz (+/- 0,03 dB)
Zniekształcenia (THD): < 0,035 %
Stosunek sygnał/szum: 103 dB
Współczynnik tłumienia: 82
Wymiary (W/S/G): 14,5/43,8/50,7 cm
Masa: 27,6 kg

Źródło: Link do artykułu
DEALERZY
Sieć autoryzowanych punktów sprzedaży
3,536,227
Facebook fans
5,530
Facebook fans
1,803
Facebook fans